Witam Was w drugiej części wegetariańskiego jadłospisu. Dziś mam dla Was propozycje 4 prostych dań, akurat na wiosnę. Staram się jeść 3-4 normalnej wielkości posiłki dziennie. Idea trzech głównych dan i dwóch przekąsek kompletnie u mnie nie działa, bo natychmiast jestem głodna. Dzięki kilku większym posiłkom utrzymuję poziom cukru na podobnym poziomie, a że ruchu mam sporo, nie mam problemu z nadmiarem kalorii :) Poza tym jem to co lubię, zdrowo i sezonowo - czego chcieć więcej? :) Potrawy w większości oczywiście nadają się do lunchboxa.
Śniadanie:
w tym tygodniu królują u mnie kanapki, bo udało mi się dorwać mój ulubiony chleb pełnoziarnisty. Poza tym owsianka już mi się przejadła... A więc: kolorowa warzywna kanapka, kanapka z musem z orzechów ziemnych, bananem i chia, 1/4 jabłka, 1/2 banana i 3 suszone śliwki.
II śniadanie:
bulgur, do którego przekonałam się dopiero dziś (wcześniej nachalnie pchano mi go do kebsów, do których w ogóle nie pasował...) z truskawkami, miętą i bananem, którego co prawda nie widać, ale tam jest :) Do tego odrobina miodu.
Obiad:
jedno z moich ulubionych dań - kasza gryczana z pieczarkami. Do tego sałatka buraczana. Pycha!
Kolacja:
sałatka grecka.
Jak widać, staram się przemycać do potraw jak najwięcej warzyw i owoców, choć podstawę mojego menu bez wątpienia stanowią węglowodany. Dzięki temu nie czuję się jednak głodna i rano mam ochotę na konkretne śniadanie, bez którego w ogóle nie zaczynam dnia :)
Na koniec miła niespodzianka, która spotkała mnie dziś w ogródku. Tydzień temu, zainspirowana cudnym ogródkiem mojej Mamy postanowiłam wziąć w obroty własną działkę i również posadzić kwiatki i trochę warzyw. Kwiatki wysiałam dokładnie 6 dni temu, w poniedziałek i choć nie spodziewałam się efektów prędzej jak po dwóch tygodniach, dziś czekały na mnie te oto maleństwa:
Wzeszły moje nagietki! Nawet sobie nie wyobrażacie mojej radości - radości człowieka, któremu w życiu nie udało się wyhodować w ogrodzie niczego poza kopcem kreta i górą kompostu. Jestem, zachwycona i dumna jak nie wiem co i czekam na kolejne roślinki. Aha, to niebieskie to na ślimaki, bo by mi zeżarły rabatki...
Vrubble
poniedziałek, 30 maja 2016
niedziela, 29 maja 2016
Wegetariański jadłospis cz. 1
W związku z tym, że w ostatnich czasach pochłaniałam niesamowite wręcz ilości mięsa (co na pewno nie odbiło się pozytywnie na moim zdrowiu), postanowiłam zrobić sobie od niego przerwę. Nie jestem szczególnie oddanym mięsożercą, więc decyzję podjęłam praktycznie od razu. Poza tym kilka lat temu zaprzyjaźniłam się na jakiś czas z wegetarianizmem i w zasadzie przyjemnie to wspominam. Kuchnię wegetariańską lubię i od czasu, kiedy dostałam cudne pudełko "Lucky Vegan", coraz bardziej skłaniałam się ku temu pomysłowi. Dochodzą do tego względy ideologiczne, bo szkoda mi tych wszystkich zwierzaków. Sama mam trzy uszaki, które na szczęście z natury są wegetarianami, tak że w zasadzie kompletnie nie mam potrzeby kupować mięsa.
Na weganizm raczej nigdy się nie przerzucę. Lubię miód, jajka i mleko i nie sądzę, żeby kurze robiło większą różnicę, czy jej jajko trafi na mój talerz czy wysiedzi je do końca. Dojenie też chyba nie sprawia krowom jakichś specjalnych przykrości, a pszczoły ewentualnie mogą się wk... Zdenerwować :) No ale krzywda nikomu się nie dzieje. To na tyle jeśli chodzi o tłumaczenia ;)
Dziś chciałabym przedstawić Wam pierwzą część cyklu pt. "Wegetariański jadłospis". Jako że ostatnie mięcho żużyłam wczoraj, od dziś spokojnie mogłam "przejść na wegetarianizm" ;) Pracuję na zmiany, więc staram się gotować jak najmniej lub przygotowywać dania, które mogę zabrać ze sobą do pracy. Wiadomo, że czasem strzelę sobie coś bardziej pracochłonnego, ale ogólnie wychodzę z założenia, że im mniej roboty, tym lepiej.
Śniadanie:
kolorowe kanapki warzywne z domowym masłem ziołowym (masło kupiłam, ale sama doprawiłam ziołami), do tego 1/4 papryki, kilka ekologicznych truskawek, 1/4 jabłka i 3 suszone śliwki. Do tego kawa z mlekiem.
II śniadanie:
kuskus z ekologicznymi truskawkami i nieekologicznymi borówkami :)
Obiadokolacja:
mieszanka warzywna (soczewica, ziemniaki, marchewka) z masłem ziołowym i podsmażone na oliwie z oliwek tofu. Mieszanka niestety z mrożonki, ale jak już pisałam, idę po najmniejszej linii oporu, tym bardziej, że ma bardzo łądny skład.
Poza tym wypiłam piwo i zagryzłam marchewką, ale to dopiero pod wieczór.
Przez cały dzień natomiast raczyłam się wodą z miętą i limonką z takiej oto, kupionej na Aliexpress, butelki:
Przez całe życie mam problemy z wypijaniem odpowiedniej ilości płynów (poza piwem, które niestety uwielbiam ;)) i ta buteleczka bardzo pomaga mi w uzupełnianiu niedoborów :) Kosztowała grosze, a jaka radocha!
Życzę Wam miłego tygodnia i słonecznej pogody - u nas z tym niestety kiepsko...
Vrubble
poniedziałek, 16 maja 2016
Lucky Vegan - majowy box (recenzja).
Dziś chciałabym zrecenzować Wam pierwsze w życiu zamówione przeze mnie pudełko subskrypcyjne, czyli Lucky Vegan. Nie jestem weganką, nawet nie wegetarianką, ale uwielbiam większość wynalazków bezmięsnej i bezzwierzęcej kuchni. Poza tym zainteresował mnie fakt, że pudełko, mimo iż firma prowadzi działaność w Niemczech, wydawane jest przez dziewczyny z Polski :) Pozytywne opinie dotyczące boxa, a także zdjęcia poprzednich edycji, którymi się zachwyciłam, również zrobiły swoje. Postanowiłam więc zaryzykować i zamówić próbne, małe pudełeczko za 14,90 €, które dotarło do mnie kilka dni temu.
Przyznam, że nie była to moja pierwsza przygoda z tego typu paczuszkami. Kiedyś już udało mi się wygrać rossmannowski beauty box, ale szczerze mówiąc byłam dość rozczarowana zawartością. Również większość polskich i niemieckich boxów subskrypcyjnych nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, ale może to być podyktowane moim dość specyficznym gustem. Mam zresztą swoje ulubione marki i kierunki zapachowe, tak że przeważnie trzeba się nieco natrudzić, żeby mnie, za przeproszeniem, zadowolić. W przypadku boxa Lucky Vegan sprawa miała się jednak nieco inaczej, ponieważ nie chodziło o box stricte kosmetyczny, a bardziej jedzeniowy, a tu akurat nietrudno mnie zachwycić, bo uwielbiam kulinarne eksperymenty :) Bardzo cieszyłam się na to pudełko i nie rozczarowałam się. Ale do rzeczy.
Jak już wspomniałam, za pudełko zapłaciłam 14,90 € (w abonamencie), wysyłka na terenie Niemiec jest bezpłatna. W tej cenie co miesiąc otrzymujemy box z co najmniej 5 pełnorozmiarowymi produktami (w edycji tzw. dużego pudełka z co najmniej 9). Produkty, według informacji na stronie, są wegańskie, prawie zawsze bio i fair trade. Poza tym abonament można anulować w dowolonym momencie, co również skłoniło mnie do podjęcia decyzji :)
Pudełko, w które zapakowane były produkty, utrzymane jest w łagodnych, zielonkawo-białych odcieniach, przypominających nam o zielonej trawce, kwiatkach, ptaszkach i w ogóle naturze ;)
W środku dodatkowe zabezpieczenie oraz dekorację stanowił śliczny, turkusowy papier, w który zapakowane były produkty i który dodatkowo chronił je przed "lataniem" po kartonie. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne.
W środku oczekiwały mnie następujące cudeńka:
1. Wegańska gazetka pt. "Gotowanie bez kości" z mnóstwem przepisów. Przyznam szczerze, że nie bardzo miałam jeszcze czas dokładnie jej się przyjrzeć, ale jako że nie znam kompletnie tego wydawnictwa, jestem go bardzo ciekawa.
2. Gąbka z kwiatu "diabelskiego jęzora" (Amorphophallus konjac), na temat którego nie znalazłam prawie nic w polskim internecie. Jest to azjatycka roślinka o wielorakim zastosowaniu, m.in. w przemyśle kosmetycznym czy spożywczym. Zalety tym gąbek wychwalane są w niemieckich internetach - mają one być idealne dla każdego rodzaju skóry, bez względun na to, czy jest to skóra sucha, tłusta czy pryszczata, pomagać m.in. na wrastające włoski, wysypki, egzemę i tysiące innych dolegliwości. Gąbka jest malutka, jakieś 5 x 5 cm. Póki co używam starej gąbki i tej zacznę używać, kiedy obecna nie będzie już nadawała się do użytku. Jestem ciekawa, czy faktycznie zdziała cuda na mojej od czasu do czasu problematycznej skórze. Przyznam, że cena prawie 6 € za to maleństwo nieco mnie odstrasza, ale widziałam również tańsze odpowiedniki w lokalnej drogerii.
3. Napój gazowany z zielonej herbaty z dodatkiem "superfruits". Składniki: zielona herbata sencha, açaí, agawa, aronia, imbir, jaśmin oraz (zdaniem producenta) najważniejsze - prawdziwa autriacka woda :D Nie wiem, czym austriacka woda ma się różnić od polskiej czy niemieckiej, ale widać producentowi bardzo zależało na wpleceniu narodowego akcentu do opisu produktu ;) Napój mi smakował, choć zdaję sobie sprawę, że nie posmakuje każdemu. Jest dość mdły, lekko słodki, lekko kwaskowaty, jak na mój gust idealny na gorące dni. Cena 1,49 € za puszkę jest dość rozsądna, więc nie miałabym nic przeciwko kolejnemu zakupowi.
4. Snooze! Owocowe lody, a właściwie puree z mango i mleko kokosowe. Pudełko zawierało 5 paczuszek, które należy umnieścić w zamrażalniku na co najmniej kilka godzin. Lody okazały się przepyszne i trudno było mi powstrzymać się przed pochłonięciem wszystkich jednego dnia ;) Jedyną wadą lodów jest to, że na trzecim miejscu zawierają cukier.
5. Wafelki orkiszowe o smaku ziemniaka i pora. Pieczone, nie smażone. Jestem bardzo ciekawa tego produktu, ale obiecałam sobie zostawić je na wycieczkę do Mamy i spróbowac ich razem z nią. Uwielbiam zupę porowo-ziemniaczaną, mam więc nadzieję, że i ta przekąska mnie nie rozczaruje. Nie zauważyłam też jakichś niepożadanych składników, brak również całej tablicy Mendelejewa, więc póki co jestem na tak.
6. "Szympansi" batonik energetyczny z daktylami i czekoladą. Ma bardzo przyzwoity skład (brak utwardzonych tłuszczów oraz tak ukochanych przez producentów oleju palmowego czy syropu glukozowo-fruktozowego). Głównym składnikiem jest soja, poza tym syrop ryżowy, daktyle, czekolada, chrupki ryżowe, płatki owsiane, tłuszcz sojowy, słód oraz cukier trzcinowy. Batonik jest pyszny, dzięki chrupkom ryżowym ma ciekawą konsystencję, a i na smak naprawdę nie można narzekać. Serdecznie polecam.
7. Chipsy warzywne "Snack garden". Przyznam od razu, że nigdy dotąd nie miałam do czynienia z tym wynalazkiem. Tym bardziej zdziwiłam się widząc, z czego składają się moje chrupki - marchewka (ok), ziemniaki (no raczej), słodkie ziemniaki (uugh...), dynia (w chipsach?!) i... zielona fasolka (wtf?). Moje obawy na szczęście okazały się bezpodstawne. Chipsy były po prostu prze-pysz-ne! Coś niesamowitego. Lekko słodkie, lekko słone, chrupiące, no po prostu mega. Niestety w składzie znajdziemy olej palmowy, który moim zdaniem nie ma tam czego szukać, no ale jak widać nawet producenci tzw. zdrowej żywności oszczędzają na tłuszczach. Szkoda.
8. Mleko ryżowe o smaku kokosowo-ananasowym. Firmę Provamel znam, ponieważ od czasu do czasu kupuję sobie ich mleka roślinne, jednak tego smaku nie znałam. Mleko jest naprawdę smaczne - tak smaczne, że wypiłam cały litr bez dodawania go do płatków czy innych wynalazków, które właściwie planowałam. Cena 2,99 € jest nieco wyższa niż w przypadku innych mlek roślinnych tej firmy, ale może to ze względu na napis "new" na kartoniku. Do składników w zasadzie nie mogę się przyczepić (woda, 17% ryżu europejskiego, 9% soku ananasowego, 4% mleka kokosowego, naturalny smak kokosowy, stabilizator (guma guar) i sól morska). Jest git.
9. Jagodowy batonik owocowy (100% owoców). Chyba pierwszy raz w życiu widzę produkt, który ma w składzie faktycznie to, co obiecuje producent: suszone jabłko (45%), suszone winogrona (45%), liofilizowane jagody (10%). Koniec składu. Można? Można. Batonik jest pyszny, wilgotny, słodki jak cholera i ma w sobie wszystko, co tygryski lubią najbardziej. Naprawdę pycha.
10. Power matcha - green energy superfood mix. Na matchę czaję się od dłuższego czasu, ale przyznaję, że odstrasza mnie zarówno cena jak i wygląd tego wynalazku (jak sproszkowane siano). Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że to może dobrze smakować. Jestem więc tym bardziej wdzięczna Dziewczynom za tę malutką próbkę - moim zdaniem akurat na pierwszy raz. Jak mi nie posmakuje, to nie będzie płaczu, że jeszcze tyle zostało i trzeba wyrzucić. Myślę, żeby dodać ją do jakiegoś zielonego smoothie, bo wydaje mi się, że tam najlepiej będzie pasowała. A Wy? Macie jakieś doświadczenie z matchą?
11. Turecka herbata lawendowa, a właściwie kwiatek lawendy, który należy zalać wodą i poczekać 2-4 minuty. Jako że uwielbiam zapach lawendy, bardzo ucieszyłam się widząc w pudełku ten malutki kartonik. Do łodygi z kwiatkami przymocowana jest mała karteczka, zapobiegająca wpadnięciu całości do szklanki. Po zalaniu wrzątkiem herbata zaczyna wydzielać intensywny aromat oraz zabarwiać wodę na... turkusowo. Spodziewałam się raczej pięknego, lawendowego fioletu, a tu taka niespodzianka :) Efekt był naprawdę świetny, nie wiem tylko, dlaczego nie wpadłam na pomysł sfotografowania zaparzonej herbaty... Musicie uwierzyć mi na słowo. Herbata była smaczna, choć jak na mój gust smakowała bardziej jak szałwia niż lawenda. Mimo wszystko była smaczna. Myślę, że takie maleństwo świetnie nadaje się na prezent - jest dość nietypowe, ładnie się prezentuje i dobrze smakuje. Będę to miała na uwadze.
Herbata po wyjęciu z pudełka:
Początek zaparzania (widzicie ten niebieskawy kolor?)
Herbata po wyjęciu z kubka:
12. Poza tym otrzymałam kupon na 8 € do sklepu Your Superfoods. Na pewno zajrzę do niego w najbliższym czasie :)
Do paczki dołączona była również kartka z wyszczególnionymi cenami poszczególnych produktów oraz przepisem na malezyjską zupę makaronową. Jak już wspominałam, lubię eksperymenty w kuchni ;)
W cenie 14,90 otrzymałam więc produkty o wartości prawie 25 €, w dodatku w boxie nie było nic, co by mi się nie spodobało. Poza tym z "co najmniej 5" produktów zrobiło się 11, więc już kompletnie nie mam się do czego przyczepić. Jeśli szukacie ciekawej alternatywy dla typowych pudełek subskrypcyjnych, z całego serca polecam Wam Lucky Vegan (istnieje również możliwość dostarczenia boxa do Polski). Ja na pewno nie zrezygnuję ze swojego abonamentu, z niecierpliwością czekam na kolejne pudełko i obiecuję napisać kolejną recenzję. Tymczasem podaję Wam jeszcze linki do strony Lucky Vegan, ich fanpage'a, Instagrama, a także wszystkich sklepów, z których pochodzą moje prezenty.
Miłego tygodnia!
Vrubble
Lucky Vegan: http://www.lucky-vegan.com/
Facebook: https://www.facebook.com/luckyvegan
Instagram: https://www.instagram.com/lucky_vegan/
Sklepy:
www.allineed.at
www.allos.de
www.chimpanzeebar.com
www.jislaine.de
www.miassequoia.com
www.provamel.com
www.rosengarten-naturkost.de
www.snooze-eis.de
Przyznam, że nie była to moja pierwsza przygoda z tego typu paczuszkami. Kiedyś już udało mi się wygrać rossmannowski beauty box, ale szczerze mówiąc byłam dość rozczarowana zawartością. Również większość polskich i niemieckich boxów subskrypcyjnych nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, ale może to być podyktowane moim dość specyficznym gustem. Mam zresztą swoje ulubione marki i kierunki zapachowe, tak że przeważnie trzeba się nieco natrudzić, żeby mnie, za przeproszeniem, zadowolić. W przypadku boxa Lucky Vegan sprawa miała się jednak nieco inaczej, ponieważ nie chodziło o box stricte kosmetyczny, a bardziej jedzeniowy, a tu akurat nietrudno mnie zachwycić, bo uwielbiam kulinarne eksperymenty :) Bardzo cieszyłam się na to pudełko i nie rozczarowałam się. Ale do rzeczy.
Jak już wspomniałam, za pudełko zapłaciłam 14,90 € (w abonamencie), wysyłka na terenie Niemiec jest bezpłatna. W tej cenie co miesiąc otrzymujemy box z co najmniej 5 pełnorozmiarowymi produktami (w edycji tzw. dużego pudełka z co najmniej 9). Produkty, według informacji na stronie, są wegańskie, prawie zawsze bio i fair trade. Poza tym abonament można anulować w dowolonym momencie, co również skłoniło mnie do podjęcia decyzji :)
Pudełko, w które zapakowane były produkty, utrzymane jest w łagodnych, zielonkawo-białych odcieniach, przypominających nam o zielonej trawce, kwiatkach, ptaszkach i w ogóle naturze ;)
W środku dodatkowe zabezpieczenie oraz dekorację stanowił śliczny, turkusowy papier, w który zapakowane były produkty i który dodatkowo chronił je przed "lataniem" po kartonie. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne.
W środku oczekiwały mnie następujące cudeńka:
1. Wegańska gazetka pt. "Gotowanie bez kości" z mnóstwem przepisów. Przyznam szczerze, że nie bardzo miałam jeszcze czas dokładnie jej się przyjrzeć, ale jako że nie znam kompletnie tego wydawnictwa, jestem go bardzo ciekawa.
2. Gąbka z kwiatu "diabelskiego jęzora" (Amorphophallus konjac), na temat którego nie znalazłam prawie nic w polskim internecie. Jest to azjatycka roślinka o wielorakim zastosowaniu, m.in. w przemyśle kosmetycznym czy spożywczym. Zalety tym gąbek wychwalane są w niemieckich internetach - mają one być idealne dla każdego rodzaju skóry, bez względun na to, czy jest to skóra sucha, tłusta czy pryszczata, pomagać m.in. na wrastające włoski, wysypki, egzemę i tysiące innych dolegliwości. Gąbka jest malutka, jakieś 5 x 5 cm. Póki co używam starej gąbki i tej zacznę używać, kiedy obecna nie będzie już nadawała się do użytku. Jestem ciekawa, czy faktycznie zdziała cuda na mojej od czasu do czasu problematycznej skórze. Przyznam, że cena prawie 6 € za to maleństwo nieco mnie odstrasza, ale widziałam również tańsze odpowiedniki w lokalnej drogerii.
3. Napój gazowany z zielonej herbaty z dodatkiem "superfruits". Składniki: zielona herbata sencha, açaí, agawa, aronia, imbir, jaśmin oraz (zdaniem producenta) najważniejsze - prawdziwa autriacka woda :D Nie wiem, czym austriacka woda ma się różnić od polskiej czy niemieckiej, ale widać producentowi bardzo zależało na wpleceniu narodowego akcentu do opisu produktu ;) Napój mi smakował, choć zdaję sobie sprawę, że nie posmakuje każdemu. Jest dość mdły, lekko słodki, lekko kwaskowaty, jak na mój gust idealny na gorące dni. Cena 1,49 € za puszkę jest dość rozsądna, więc nie miałabym nic przeciwko kolejnemu zakupowi.
5. Wafelki orkiszowe o smaku ziemniaka i pora. Pieczone, nie smażone. Jestem bardzo ciekawa tego produktu, ale obiecałam sobie zostawić je na wycieczkę do Mamy i spróbowac ich razem z nią. Uwielbiam zupę porowo-ziemniaczaną, mam więc nadzieję, że i ta przekąska mnie nie rozczaruje. Nie zauważyłam też jakichś niepożadanych składników, brak również całej tablicy Mendelejewa, więc póki co jestem na tak.
6. "Szympansi" batonik energetyczny z daktylami i czekoladą. Ma bardzo przyzwoity skład (brak utwardzonych tłuszczów oraz tak ukochanych przez producentów oleju palmowego czy syropu glukozowo-fruktozowego). Głównym składnikiem jest soja, poza tym syrop ryżowy, daktyle, czekolada, chrupki ryżowe, płatki owsiane, tłuszcz sojowy, słód oraz cukier trzcinowy. Batonik jest pyszny, dzięki chrupkom ryżowym ma ciekawą konsystencję, a i na smak naprawdę nie można narzekać. Serdecznie polecam.
7. Chipsy warzywne "Snack garden". Przyznam od razu, że nigdy dotąd nie miałam do czynienia z tym wynalazkiem. Tym bardziej zdziwiłam się widząc, z czego składają się moje chrupki - marchewka (ok), ziemniaki (no raczej), słodkie ziemniaki (uugh...), dynia (w chipsach?!) i... zielona fasolka (wtf?). Moje obawy na szczęście okazały się bezpodstawne. Chipsy były po prostu prze-pysz-ne! Coś niesamowitego. Lekko słodkie, lekko słone, chrupiące, no po prostu mega. Niestety w składzie znajdziemy olej palmowy, który moim zdaniem nie ma tam czego szukać, no ale jak widać nawet producenci tzw. zdrowej żywności oszczędzają na tłuszczach. Szkoda.
8. Mleko ryżowe o smaku kokosowo-ananasowym. Firmę Provamel znam, ponieważ od czasu do czasu kupuję sobie ich mleka roślinne, jednak tego smaku nie znałam. Mleko jest naprawdę smaczne - tak smaczne, że wypiłam cały litr bez dodawania go do płatków czy innych wynalazków, które właściwie planowałam. Cena 2,99 € jest nieco wyższa niż w przypadku innych mlek roślinnych tej firmy, ale może to ze względu na napis "new" na kartoniku. Do składników w zasadzie nie mogę się przyczepić (woda, 17% ryżu europejskiego, 9% soku ananasowego, 4% mleka kokosowego, naturalny smak kokosowy, stabilizator (guma guar) i sól morska). Jest git.
9. Jagodowy batonik owocowy (100% owoców). Chyba pierwszy raz w życiu widzę produkt, który ma w składzie faktycznie to, co obiecuje producent: suszone jabłko (45%), suszone winogrona (45%), liofilizowane jagody (10%). Koniec składu. Można? Można. Batonik jest pyszny, wilgotny, słodki jak cholera i ma w sobie wszystko, co tygryski lubią najbardziej. Naprawdę pycha.
10. Power matcha - green energy superfood mix. Na matchę czaję się od dłuższego czasu, ale przyznaję, że odstrasza mnie zarówno cena jak i wygląd tego wynalazku (jak sproszkowane siano). Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że to może dobrze smakować. Jestem więc tym bardziej wdzięczna Dziewczynom za tę malutką próbkę - moim zdaniem akurat na pierwszy raz. Jak mi nie posmakuje, to nie będzie płaczu, że jeszcze tyle zostało i trzeba wyrzucić. Myślę, żeby dodać ją do jakiegoś zielonego smoothie, bo wydaje mi się, że tam najlepiej będzie pasowała. A Wy? Macie jakieś doświadczenie z matchą?
11. Turecka herbata lawendowa, a właściwie kwiatek lawendy, który należy zalać wodą i poczekać 2-4 minuty. Jako że uwielbiam zapach lawendy, bardzo ucieszyłam się widząc w pudełku ten malutki kartonik. Do łodygi z kwiatkami przymocowana jest mała karteczka, zapobiegająca wpadnięciu całości do szklanki. Po zalaniu wrzątkiem herbata zaczyna wydzielać intensywny aromat oraz zabarwiać wodę na... turkusowo. Spodziewałam się raczej pięknego, lawendowego fioletu, a tu taka niespodzianka :) Efekt był naprawdę świetny, nie wiem tylko, dlaczego nie wpadłam na pomysł sfotografowania zaparzonej herbaty... Musicie uwierzyć mi na słowo. Herbata była smaczna, choć jak na mój gust smakowała bardziej jak szałwia niż lawenda. Mimo wszystko była smaczna. Myślę, że takie maleństwo świetnie nadaje się na prezent - jest dość nietypowe, ładnie się prezentuje i dobrze smakuje. Będę to miała na uwadze.
Herbata po wyjęciu z pudełka:
Początek zaparzania (widzicie ten niebieskawy kolor?)
Herbata po wyjęciu z kubka:
12. Poza tym otrzymałam kupon na 8 € do sklepu Your Superfoods. Na pewno zajrzę do niego w najbliższym czasie :)
Do paczki dołączona była również kartka z wyszczególnionymi cenami poszczególnych produktów oraz przepisem na malezyjską zupę makaronową. Jak już wspominałam, lubię eksperymenty w kuchni ;)
W cenie 14,90 otrzymałam więc produkty o wartości prawie 25 €, w dodatku w boxie nie było nic, co by mi się nie spodobało. Poza tym z "co najmniej 5" produktów zrobiło się 11, więc już kompletnie nie mam się do czego przyczepić. Jeśli szukacie ciekawej alternatywy dla typowych pudełek subskrypcyjnych, z całego serca polecam Wam Lucky Vegan (istnieje również możliwość dostarczenia boxa do Polski). Ja na pewno nie zrezygnuję ze swojego abonamentu, z niecierpliwością czekam na kolejne pudełko i obiecuję napisać kolejną recenzję. Tymczasem podaję Wam jeszcze linki do strony Lucky Vegan, ich fanpage'a, Instagrama, a także wszystkich sklepów, z których pochodzą moje prezenty.
Miłego tygodnia!
Vrubble
Lucky Vegan: http://www.lucky-vegan.com/
Facebook: https://www.facebook.com/luckyvegan
Instagram: https://www.instagram.com/lucky_vegan/
Sklepy:
www.allineed.at
www.allos.de
www.chimpanzeebar.com
www.jislaine.de
www.miassequoia.com
www.provamel.com
www.rosengarten-naturkost.de
www.snooze-eis.de
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































