poniedziałek, 16 maja 2016

Lucky Vegan - majowy box (recenzja).

Dziś chciałabym zrecenzować Wam pierwsze w życiu zamówione przeze mnie pudełko subskrypcyjne, czyli Lucky Vegan. Nie jestem weganką, nawet nie wegetarianką, ale uwielbiam większość wynalazków bezmięsnej i bezzwierzęcej kuchni. Poza tym zainteresował mnie fakt, że pudełko, mimo iż firma prowadzi działaność w Niemczech, wydawane jest przez dziewczyny z Polski :) Pozytywne opinie dotyczące boxa, a także zdjęcia poprzednich edycji, którymi się zachwyciłam, również zrobiły swoje. Postanowiłam więc zaryzykować i zamówić próbne, małe pudełeczko za 14,90 €, które dotarło do mnie kilka dni temu.

Przyznam, że nie była to moja pierwsza przygoda z tego typu paczuszkami. Kiedyś już udało mi się wygrać rossmannowski beauty box, ale szczerze mówiąc byłam dość rozczarowana zawartością. Również większość polskich i niemieckich boxów subskrypcyjnych nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, ale może to być podyktowane moim dość specyficznym gustem. Mam zresztą swoje ulubione marki i kierunki zapachowe, tak że przeważnie trzeba się nieco natrudzić, żeby mnie, za przeproszeniem, zadowolić. W przypadku boxa Lucky Vegan sprawa miała się jednak nieco inaczej, ponieważ nie chodziło o box stricte kosmetyczny, a bardziej jedzeniowy, a tu akurat nietrudno mnie zachwycić, bo uwielbiam kulinarne eksperymenty :) Bardzo cieszyłam się na to pudełko i nie rozczarowałam się. Ale do rzeczy.

Jak już wspomniałam, za pudełko zapłaciłam 14,90 € (w abonamencie), wysyłka na terenie Niemiec jest bezpłatna. W tej cenie co miesiąc otrzymujemy box z co najmniej 5 pełnorozmiarowymi produktami (w edycji tzw. dużego pudełka z co najmniej 9). Produkty, według informacji na stronie, są wegańskie, prawie zawsze bio i fair trade. Poza tym abonament można anulować w dowolonym momencie, co również skłoniło mnie do podjęcia decyzji :)

Pudełko, w które zapakowane były produkty, utrzymane jest w łagodnych, zielonkawo-białych odcieniach, przypominających nam o zielonej trawce, kwiatkach, ptaszkach i w ogóle naturze ;)


W środku dodatkowe zabezpieczenie oraz dekorację stanowił śliczny, turkusowy papier, w który zapakowane były produkty i który dodatkowo chronił je przed "lataniem" po kartonie. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne.


W środku oczekiwały mnie następujące cudeńka:


1. Wegańska gazetka pt. "Gotowanie bez kości" z mnóstwem przepisów. Przyznam szczerze, że nie bardzo miałam jeszcze czas dokładnie jej się przyjrzeć, ale jako że nie znam kompletnie tego wydawnictwa, jestem go bardzo ciekawa.


2. Gąbka z kwiatu "diabelskiego jęzora" (Amorphophallus konjac), na temat którego nie znalazłam prawie nic w polskim internecie. Jest to azjatycka roślinka o wielorakim zastosowaniu, m.in. w przemyśle kosmetycznym czy spożywczym. Zalety tym gąbek wychwalane są w niemieckich internetach - mają one być idealne dla każdego rodzaju skóry, bez względun na to, czy jest to skóra sucha, tłusta czy pryszczata, pomagać m.in. na wrastające włoski, wysypki, egzemę i tysiące innych dolegliwości. Gąbka jest malutka, jakieś 5 x 5 cm. Póki co używam starej gąbki i tej zacznę używać, kiedy obecna nie będzie już nadawała się do użytku. Jestem ciekawa, czy faktycznie zdziała cuda na mojej od czasu do czasu problematycznej skórze. Przyznam, że cena prawie 6 € za to maleństwo nieco mnie odstrasza, ale widziałam również tańsze odpowiedniki w lokalnej drogerii.


3. Napój gazowany z zielonej herbaty z dodatkiem "superfruits". Składniki: zielona herbata sencha, açaí, agawa, aronia, imbir, jaśmin oraz (zdaniem producenta) najważniejsze - prawdziwa autriacka woda :D Nie wiem, czym austriacka woda ma się różnić od polskiej czy niemieckiej, ale widać producentowi bardzo zależało na wpleceniu narodowego akcentu do opisu produktu ;) Napój mi smakował, choć zdaję sobie sprawę, że nie posmakuje każdemu. Jest dość mdły, lekko słodki, lekko kwaskowaty, jak na mój gust idealny na gorące dni. Cena 1,49 € za puszkę jest dość rozsądna, więc nie miałabym nic przeciwko kolejnemu zakupowi.


4. Snooze! Owocowe lody, a właściwie puree z mango i mleko kokosowe. Pudełko zawierało 5 paczuszek, które należy umnieścić w zamrażalniku na co najmniej kilka godzin. Lody okazały się przepyszne i trudno było mi powstrzymać się przed pochłonięciem wszystkich jednego dnia ;) Jedyną wadą lodów jest to, że na trzecim miejscu zawierają cukier.



5. Wafelki orkiszowe o smaku ziemniaka i pora. Pieczone, nie smażone. Jestem bardzo ciekawa tego produktu, ale obiecałam sobie zostawić je na wycieczkę do Mamy i spróbowac ich razem z nią. Uwielbiam zupę porowo-ziemniaczaną, mam więc nadzieję, że i ta przekąska mnie nie rozczaruje. Nie zauważyłam też jakichś niepożadanych składników, brak również całej tablicy Mendelejewa, więc póki co jestem na tak.


6. "Szympansi" batonik energetyczny z daktylami i czekoladą. Ma bardzo przyzwoity skład (brak utwardzonych tłuszczów oraz tak ukochanych przez producentów oleju palmowego czy syropu glukozowo-fruktozowego). Głównym składnikiem jest soja, poza tym syrop ryżowy, daktyle, czekolada,  chrupki ryżowe, płatki owsiane, tłuszcz sojowy, słód oraz cukier trzcinowy. Batonik jest pyszny, dzięki chrupkom ryżowym ma ciekawą konsystencję, a i na smak naprawdę nie można narzekać. Serdecznie polecam.



7. Chipsy warzywne "Snack garden". Przyznam od razu, że nigdy dotąd nie miałam do czynienia z tym wynalazkiem. Tym bardziej zdziwiłam się widząc, z czego składają się moje chrupki - marchewka (ok), ziemniaki (no raczej), słodkie ziemniaki (uugh...), dynia (w chipsach?!) i... zielona fasolka (wtf?). Moje obawy na szczęście okazały się bezpodstawne. Chipsy były po prostu prze-pysz-ne! Coś niesamowitego. Lekko słodkie, lekko słone, chrupiące, no po prostu mega. Niestety w składzie znajdziemy olej palmowy, który moim zdaniem nie ma tam czego szukać, no ale jak widać nawet producenci tzw. zdrowej żywności oszczędzają na tłuszczach. Szkoda.




8. Mleko ryżowe o smaku kokosowo-ananasowym. Firmę Provamel znam, ponieważ od czasu do czasu kupuję sobie ich mleka roślinne, jednak tego smaku nie znałam. Mleko jest naprawdę smaczne - tak smaczne, że wypiłam cały litr bez dodawania go do płatków czy innych wynalazków, które właściwie planowałam. Cena 2,99 € jest nieco wyższa niż w przypadku innych mlek roślinnych tej firmy, ale może to ze względu na napis "new" na kartoniku. Do składników w zasadzie nie mogę się przyczepić (woda, 17% ryżu europejskiego, 9% soku ananasowego, 4% mleka kokosowego, naturalny smak kokosowy, stabilizator (guma guar) i sól morska). Jest git.


9. Jagodowy batonik owocowy (100% owoców). Chyba pierwszy raz w życiu widzę produkt, który ma w składzie faktycznie to, co obiecuje producent: suszone jabłko (45%), suszone winogrona (45%), liofilizowane jagody (10%). Koniec składu. Można? Można. Batonik jest pyszny, wilgotny, słodki jak cholera i ma w sobie wszystko, co tygryski lubią najbardziej. Naprawdę pycha.



10. Power matcha - green energy superfood mix. Na matchę czaję się od dłuższego czasu, ale przyznaję, że odstrasza mnie zarówno cena jak i wygląd tego wynalazku (jak sproszkowane siano). Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że to może dobrze smakować. Jestem więc tym bardziej wdzięczna Dziewczynom za tę malutką próbkę - moim zdaniem akurat na pierwszy raz. Jak mi nie posmakuje, to nie będzie płaczu, że jeszcze tyle zostało i trzeba wyrzucić. Myślę, żeby dodać ją do jakiegoś zielonego smoothie, bo wydaje mi się, że tam najlepiej będzie pasowała. A Wy? Macie jakieś doświadczenie z matchą?



11. Turecka herbata lawendowa, a właściwie kwiatek lawendy, który należy zalać wodą i poczekać 2-4 minuty. Jako że uwielbiam zapach lawendy, bardzo ucieszyłam się widząc w pudełku ten malutki kartonik. Do łodygi z kwiatkami przymocowana jest mała karteczka, zapobiegająca wpadnięciu całości do szklanki. Po zalaniu wrzątkiem herbata zaczyna wydzielać intensywny aromat oraz zabarwiać wodę na... turkusowo. Spodziewałam się raczej pięknego, lawendowego fioletu, a tu taka niespodzianka :)  Efekt był naprawdę świetny, nie wiem tylko, dlaczego nie wpadłam na pomysł sfotografowania zaparzonej herbaty... Musicie uwierzyć mi na słowo.  Herbata była smaczna, choć jak na mój gust smakowała bardziej jak szałwia niż lawenda. Mimo wszystko była smaczna. Myślę, że takie maleństwo świetnie nadaje się na prezent - jest dość nietypowe, ładnie się prezentuje i dobrze smakuje. Będę to miała na uwadze.


Herbata po wyjęciu z pudełka:


Początek zaparzania (widzicie ten niebieskawy kolor?)


Herbata po wyjęciu z kubka:


12. Poza tym otrzymałam kupon na 8 € do sklepu Your Superfoods. Na pewno zajrzę do niego w najbliższym czasie :)



Do paczki dołączona była również kartka z wyszczególnionymi cenami poszczególnych produktów oraz przepisem na malezyjską zupę makaronową. Jak już wspominałam, lubię eksperymenty w kuchni ;)



W cenie 14,90 otrzymałam więc produkty o wartości prawie 25 €, w dodatku w boxie nie było nic, co by mi się nie spodobało. Poza tym z "co najmniej 5" produktów zrobiło się 11, więc już kompletnie nie mam się do czego przyczepić. Jeśli szukacie ciekawej alternatywy dla typowych pudełek subskrypcyjnych, z całego serca polecam Wam Lucky Vegan (istnieje również możliwość dostarczenia boxa do Polski). Ja na pewno nie zrezygnuję ze swojego abonamentu, z niecierpliwością czekam na kolejne pudełko i obiecuję napisać kolejną recenzję. Tymczasem podaję Wam jeszcze linki do strony Lucky Vegan, ich fanpage'a, Instagrama, a także wszystkich sklepów, z których pochodzą moje prezenty.

Miłego tygodnia!

Vrubble


Lucky Vegan: http://www.lucky-vegan.com/
Facebook: https://www.facebook.com/luckyvegan
Instagram: https://www.instagram.com/lucky_vegan/

Sklepy:
www.allineed.at
www.allos.de
www.chimpanzeebar.com
www.jislaine.de
www.miassequoia.com
www.provamel.com
www.rosengarten-naturkost.de
www.snooze-eis.de

2 komentarze:

  1. Powiem Ci, że jestem autentycznie zaskoczona. Czytając Twoją recenzję, pomyślałam, że jednak się pomyliłaś na początku wpisu i piszesz o wersji premium. 11 produktów, wow! Bardzo podoba mi się ich różnorodność - słodkie, słone, gotowe przekąski i półprodukty, coś do picia i na ciepło (herbata), i na zimno. Genialna paczuszka! Nie rozumiem tylko, czym jest ta gąbka i do czego służy ;) Myje się nią twarz? Cieszę się, że będziesz subskrybować dalej, sama uzależniłam się od tego dreszczyku emocji przy otwieraniu pudełka-niespodzianki. No i czekam na kolejne recenzje! Sama chętnie zamówiłabym takiego boxa, ale podejrzewam, że koszty przesyłki zmiotłyby mnie z powierzchni ziemi xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama byłam bardzo pozytywnie zaskoczona po przejrzeniu zawartości boxa :) Rewelacja i w zasadzie wszystkie produkty bardzo przypadły mi do gustu. Gąbeczka jest chyba do tzw. mycia ogólnego, to chyba jedyny produkt, którego jeszcze nie wypróbowałam. Ot, taka ekologiczna gąbeczka. Co do wysyłki do Polski, to do 10 kg (a tyle paczka nie waży ;)), koszt wynosi 13 euro. Nie wiem szczerze mówiąc, czy to drogo, ale wydaje mi się, że całość wychodzi niewiele drożej niż niektóre subskrybowane przez Ciebie boxy ;)

    OdpowiedzUsuń